Sekrety

Jest sobota.Właściwie końcówka soboty.Miałam dziś nie pisać,jest już dość późno ale jakoś czuję potrzebę żeby nabazgrać parę słów o tym dniu.To był dobry dzień,zupełnie inny niż zeszła sobota kiedy czułam niepokój,nosiło mnie cały wieczór i paliłam fajke za fajką w ogrodzie.Dzisiaj rano umówiłam się na bieg z kumpelą z AA.Było dość wietrznie i slonecznie,biegałyśmy po lesie i parku,poszłyśmy do niej na kawe i fajki(tak,po bieganiu nie ma jak papieros😂).Jest chyba dla mnie kimś wiecej niż zwykła kumpelą,mogę z nią rozmawiać o tym jak jest,jaka to ze mną jest prawda i co się dzieje.Nie obwieszczam wszystkim że znowu złapałam za alko,jest w tym oczywiście wstyd że znowu zawaliłam,jest też strach „co oni o mnie pomyślą”czyli ciągle zależy mi na ludzkiej opinii itd.Ale jej dzisiaj powiedziałam,że to dzień 21,że jest mi trudno tą chorobę akceptować,że nie jestem już pewna w którą stronę iść.Poczułam wielką ulgę.A ona mi powiedziała że kiedyś jej sponsor powiedziała takie aa powiedzonko”jesteś tak brudny jak twoje sekrety”.Kiedy je uwalniasz oczyszczasz się(oczywiście to musi być osoba zaufana,sponsor,ktoś sprawdzony na kim można polegać lub terapeuta).Zgadzam się.Ja też znam jej historie,mówi szczerze,bez ogródek.Powiedziała po rozmowie że czuje się teraz bardziej zmotywowana żeby uporządkować swoje sprawy o ktorych wiem tylko ja i jej sponsor.Dobrze jest rozmawiać.Myślałam że tym razem przejdę przez to sama,że nie potrzebuję niczyjego wsparcia,że chodzenie po lasach i rozmowa z moja HP mnie wyleczy.To jest ważne,pewnie ale widzę że muszę pozostać w kontakcie z trzeźwymi osobami z którymi mogę szczerze pogadać,które przechodzą przez podobne rozterki,niepokoje,są tak samo wrażliwe jak ja.Bo ta choroba izoluje,zamyka przed światem i w końcu zabija.A udawanie że się jest takim samym jak inni,próby wpasowania się po raz kolejny w towarzystwo osób pijących „normalnie”lub nienormalnie,powoduje poczucie niesamowitej samotności.I rozszczepienia o ktorym kiedys pisałam.Wróciłam do domu jakas lżejsza.Trochę spałam w ciągu dnia,czułam taką potrzebę.Wieczorem słuchałam myzyki i gotowałam curry z zielonej soczewicy.W szoku byłam kiedy zorientowałam się że już 22.Nie myślałam dziś o chlaniu,nie nosiło mnie.Dziś jest ok.

Weź nie pajacuj

Tak pomyslałam wczoraj kilka minut po rozmowie z mężem kiedy probowalam go przekonać że jadę po whisky.W przeszłości zawsze zdawało egzamin,raczej nie protestował,wręcz przeciwnie,ależ tak,z wielką chęcia,sure;teraz jest inaczej,chyba widzi jak sie wewnętrznie męczę,widzi moje ponawiane starania itd.Powiedzial tylko „daj sobie spokoj,po co Ci to”.Ciesze sie w sumie że mu powiedzialam o swoich zamiarach i że jego glos rozsądku zagłuszył mój DARK MODE.Widze że jednak będzie ciężko polegać na sobie.Wołanie z wnętrza potrafi byc tak przekonujące ze nie ma na nie bata i sama z siebie w pewnych momentach nie jestem w stanie go zagluszyc.Mimo wszystkich minusów,mimo swiadomości zagrożen,obietnic,mimo 19 dni(wczoraj) i tak chciałam sie napić.Głód normalnie wysysający zdrowy rozsądek,duszę,potrzebę zmiany,wszystko co dobre.Tak jak szybko przyszedł,tak szybko odszedł.Poczułam ulge i kontynuowałam wieczór bez myślenia o tym ale zdaję sobie sprawę że następnym razem mogę nie dac rady.Sama zmanipuluje siebie myślami typu-nie było tak źle,piłam tylko wieczorami,piłam tylko w domu,tym razem będę uważac żeby nie przegiąć,wypije tylko 2 drinki(moja ulubiona wymówka).W niedziele spotykam się z moją sponsor/terapeutką,bedziemy łazić po lasach i rozmawiać.Nie byłam z nią do konca szczera,ona nie zdaje sobie sprawy z jakim maniakalnym uporem myślę o alkoholu.Nasze rozmowy bazuja na uczuciach i ona często podkreśla że nie ma sensu gadać o piciu tylko o tym jak radzić sobie w życiu bez picia.Nie znam też żadnej jej alkoholowej historii oprócz takiej że nie piła dużo ale przerażało ja jej chore myślenie.Wydaje mi sie że brakuje mi poczucia identyfikacji jeżeli chodzi o to i głupio mi było jej marudzic jak to pic mi sie chce.Wiem że to źle,wiem że muszę być zupełnie uczciwa wobec niej i siebie bo póki co zawalam u podstaw.Dzisiaj też troche mnie nosiło,caly dzień byłam zajęta więc nie myślałam ale po południu poczułam niepokój.Wsiadłam samochód,pojezdziłam troche w słoncu sluchając Cream-White room.I czułam sie naprawde dobrze,lubie to trzeźwe życie,popołudnia zalane słońcem,wieczory z ksiażkami,przyjemne uczucie kiedy klade się do łóżka wieczorem i wiem że moje ciało i psychika sie regeneruja,poranki przy ekspresie do kawy z książka z refleksjami.I w ciągu kilku minut chcę to wszystko spieprzyć i się od tego oderwać,być na alkoholowym haju żeby nie myśleć i nie odczuwac.Taki pradoks choroby alkoholowej.Dzien Dwudziesty.

Do przodu

Po kiepskim weekendzie tne do przodu,dzien 17.Rozmawialam z kumpela z AA,też złapała dół w weekend.Myśle że wiekszość osób jest juz zmęczonych sytuacją związaną z pandemią.Jestem z siebie taka dumna,udało mi się przez te kilka dni przejść bez powrotu do tego gówna,w sklepie whisky dziś wzywała,musialam chwile powalczyc ze sobą ale raz ze od decyzji nie ma odwrotu,dwa-pomyślałam że już baardzo dużo dni zmarnowałam w życiu przez picie i jutrzejszego nie chcę.Pomyślałam o mamie,że jutro zadzwonie do niej i jej powiem i że też bedzie szczęśliwa.Wiem że gdybym się dzisiaj złamała to wszystko by wróciło-regularne popijanie noc w noc.Szkoda mi.Ide jutro biegac z dziewczyna z AA,ostatnio ciezko mi bylo się zmotywowac.Przeczytałam żeby w takich momentach zjazdów psychicznych nie odpuszczać,starać się kontynuować rutynę więc jutro w drogę.Muszę się też zastanowić nad terapią online dla osób uzależnionych.Ktoś z Aa ostatnio mi powiedział że po prostu moge mieć depresję mimo że nie mam myśli samobójczych,stąd to zapijanie i jazda w dół.Jest o czym pomyśleć.

Modlitwa

Siedze w lesie,jest 11 przed poludniem.Wyszlam z domu nie mowiac nikomu,balam sie ze mnie zatrzymaja,beda chcieli isc ze mna a potrzebuje desperacko byc sama,pomyslec,pomodlic sie do mojej SW,od 2 dni zastanawiam sie czy mnie slucha.Pewnie tak bo to jednak blogoslawienstwo ze pierwszy tydzien odkad rzucilam chlanie byl lekki i pelen nadziei.Myslalam ze tak zostanie,ze zostalam oswiecona,ze mialam przebudzenie duchowe,ze obsesja przeszla,odeszla,nigdy nie wroci.Ale musze byc szczera,teraz nie jest lekko.Codziennie rano czuje sie dobrze,jestem wdzieczna za poranek bez rozdzierajacego bolu glowy,bez wyrzutow sumienia,braku energii,cwicze na zewnatrz i jest ok.Popoludniami wraca zwatpienie,smutek,brak sensu w tym co robie i tesknota za alkoholem tak wielka ze odbiera mi ochote do zycia.Jakby ktos mi cos zabral lub ktos ode mnie odszedl,jak stan nieszczesliwej milosci..Jest bardzo,bardzo,bardzo ciezko,modle sie,zalewaja mnie lzy,moje przyjaciolki.Sciskam opaske w dloni.Narazie nie mam ochoty pic,to przychodzi pozniej,czuje sie po prostu mega zmeczona psychicznie.Weekend przezylam na duposcisku,kupilam paczke fajek i palilam wieczorami jedna za druga.Zadzwonili znajomi,powiedzieli ze pija po lampce winka,On powiedzial ze lubi tak delikatnie sie napic ale musi pilnowac Jej bo jak Ona zacznie to nie konczy,pomyslalam aha,skad to znam.Ciekawe jest to ze zawsze myslalam ze alkohol pomaga mi w relacjach z ludzmi,pomaga mi towarzysko,staję się błyskotliwa,zabawna,pewna siebie.Błyszcze w towarzystwie.Bo bez alkoholu to mysz po miotłą.To była chyba tylko moja opinia bo okazalo sie ze kiedy znowu zaczelam pic kumpel jakby zerwal ze mna kontakt.Teraz kiedy jestem trzezwa pisze i czeka az ja odpisze.To by bylo na tyle jezeli chodzi o zludzenia na temat tego jak to nam alkohol pomaga w towarzystwie.Mit obalony.Nastepny?-alkohol daje nam pewnosc siebie-jakos jej po latach chlania u siebie nie zauwazylam.Bo ja kiedy pije zupelnie odklejam sie od rzeczywistosci,jestem na innej planecie.Inni to widza tylko ja nie.Pisze chaotycznie,wiem,pewnie tez z błędami,po grafomańsku,czuje zwątpienie tez w tego bloga,ze jest słaby,nie umiem pisać,nie znam sie na tworzeniu stron internetowych.Ale troche mi bardziej lekko.Prosze Sile Wyzsza kimkolwiek jest o zabranie obsesji.Nie wierze w Boga,takiego biblijnego,koscielnego,starca z broda w chmurach.Wierzylam kiedy pierwszy raz przyszlam do AA,wierzylam w Jezusa,to dawalo mi silę zeby isc do przodu,bardzo chcialabym znowu wierzyc,to bardzo pomaga w zyciu.Ale mam analityczny umysl,zadaje za duzo pytan i przychodza watpliwosci.Tak stracilam wiare,analizowalam Biblie,sprawdzalam,szukalam faktow.Przestalam wierzyc w Boga i cokolwiek,nihilistyczne podejscie do zycia niezbyt jest pozytywne.W trzezwosci nie pomaga.Dopiero teraz,po kilku latach poszukiwan zalapalam kontakt z czyms,kims,czuje czyjas obecnosc.Jakas dobroc plynąca z Wszechswiata.Okąd to siedze na łące w lesie,godzine może,krąży wokół mnie wrona,przygląda mi się.Robi mi sie cieplej,natura to tez moja SW.Dusza mojej Babci Anieli,dusza mojej bylej klientki ktora bardzo lubilam-myslę że one też maczają swoje piękne paluszki w tym ze Ktos sie mna opiekuje jednak.Dzień 15.

Latawce nie zawsze chca sie unosic

To jest moja lekcja na dzis.Przy slabym wietrze latawce po prostu nie chca latac.Plan byl,oczekiwania tez.I to duze.Zabralismy latawiec do parku,pogoda byla piekna,cale otoczenie tez.Na wstepie moje dziecko mi powiedzialo ze wszystko robie zle,mial racje,plataly mi sie linki,nie umialam tego cholerstwa rozlozyc i tak dalej.Probowalismy jednak.Wiatr momentami byl dobry i widac bylo ze latawiec ma wielka ochte wzbic sie w powietrze,szarpal,podrygiwal w powietrznym tancu.Niestety,wzbijal sie na chwile i niedlugo pozniej opadal na ziemie.Mimo calego naszego wysilku,bieganiu po parku tam i z powrotem latawiec tylko raz wzbil sie naprawde wysoko.Nadzieje odzyly i…latawiec spadl na ziemie.I wlasnie takie byly te ostatnie 2 dni.Pomimo wysilkow jakie wkladalam w to zeby czuc sie pozytywnie i dobrze,w pewnym momencie poczulam znuzenie.Dzisiaj przyszlo mi do glowy pytanie co ja wlasciwie robie i do czego to zmierza.Mam na mysli zdrowienie.Dopadlo mnie zwatpienie po calosci.Trudno jest mi pogodzic obowiazki ze zdrowieniem.Jestem niecierpliwa i chcialabym widziec efekty juz,natychmiast.Byc oswiecona,reagowac ze spokojem,byc dla siebie dobra,wyrozumiala do innych.Nic z tych rzeczy poki co.Na pewno jestem dla siebie dobra w tym wzgledzie ze nie zatuwam sie plynna rozpacza czterdziesto procentowa.Ale pojawil sie gniew.Rozdraznienie tez.Musze pamietac o tym ze to naturalny proces zdrowienia,ze za kazdym razem bylo podobnie.Jezeli nad tym nie pracowalam,gniew sie potegowal,jezeli pracowalam,zauwazalam,bylam w stanie sie zatrzymac.A gniew ZAWSZE bierze sie z lęku.I ten lęk musze przepracowac.Na szczescie nie wywalam zlosci na innych(raczej).Bardziej skupia sie ona na tym co mam pod ręka,na przedmiotach lub na sobie.Nie lubie tego i bardzo chce to zmienic.I dzis ta zlosc,lęk,znuzenie doprowadzily mnie do tego ze mialam ochote sie napic.Czyli wyzwalacz numer jeden w moim przypadku to zmeczenie i znuzenie.W takich momentach jestem najbardziej podatna na to zeby zlapac za drina.Zapominam dlaczego chcialam przestac pic.Chcialabym tamta niedziele,kiedy dotarlo do mnie jak bardzo chce trzezwosci miec zawsze przed oczami.Zatopic ten moment jak muche w bursztynie.Na szczescie zamiast pic posluchalam trzezwych podcastow,poczytalam ksiazke o zdrowieniu,otworzylam tego bloga ktory jest po czesci jak ten bursztyn z mucha.Nie kazdego dnia wieje silny wiatr ktory unosi nas wysoko w chmury.Niektore dni wymagaja wiecej pracy.Harówy powiedzialabym.Jak to ktos kiedys powiedzial-wloz w swoje zdrowienie/trzezwienie tyle wysilku ile wlozylas w picie.Mysle ze ten latawiec wzbije sie jeszcze wysoko w chmury

Mix

Dziesiejszy dzien to byl mix roznych emocji.Obudzilam sie z wdziecznoscia za to ze wczoraj nie pilam.Joga z medytacja w ogrodzie bo bylo tak slonecznie i zielono ze nie mialam ochoty na medytowanie w domu.Dla takich porankow warto sie budzic,nawet trudno mi to opisac,wdziecznosc,cala natura dookola budzila sie do zycia.Wdech-wydech-wdech-wydech.Czuje ze zyje.Przez pare godzin czulam sie swietnie ale chyba za duzo sobie wrzucam obowiazkow i momentami popadam w panike ze nie zdaze tego czy tamtego.Mam tez problem z wyborami-co zrobic,czego nie,wybory to moja zmora.Moj syn dzisiaj nie mial najlepszego dnia,byl rozdrazniony i przewrazliwiony,ciezko nam dzisiaj bylo sie dogadac.W pewnym momencie poczulam zmeczenie i znuzenie.Ostatnie dni byly dosc intensywne i mysle ze dzisiaj moj organizm dawal mi znac zeby przystopowac,nie robic wszystkiego na raz,odpuscic.I to jest ok,nie dam rady pracowac,byc z dzieckiem,biegac,medytowac,czytac 3 ksiazek na raz,zajmowac sie ziolami,sprzataniem i Bog wie czym jeszcze na raz.Czy to jest cecha mojej osobowosci?taka zachlannosc jakas?ze wszystko albo nic?czy to jest typowe dla osob uzaleznionych ze wszystko robimy”alkoholicznie”..Chyba tak.Trudno mi jest znalezc zdrowy balans,musze sobie to jakos poukladac,zrobic grafik czy plan.Zeby nie sabotazowac samej siebie.Ze jak czegos z tysiaca rzeczy nie zrobie to znaczy ze jestem beznadziejna.A ja potrafie sobie tak dowalac,oj tak.Potrafie byc swoja najlepsza przyjaciolka i najwiekszym wrogiem.Zadzwonilam do kumpeli,okazalo sie ze siedziala ze swoja kumpela,robily wlosy i popijaly drinki.Dopiero jakas godzine po zakonczeniu rozmowy zorientowalam sie ze nawet nie pomyslalam o piciu kiedy z nimi rozmawialam.Ani ze chcialabym tam byc z nimi,drynić i smiać sie.Ludzie,co sie dzieje..!!😀👍

No i hop w poniedzialek

Musialam sie zastanowic mocno ktory to dzien dzis(dobry znak),dzien nr 9!przez ostatnie 2 miesiace moj max to bylo7.Dzisiaj zamiast sprzatac mieszkanie czytalam ksiazke,cwiczylam yoge,niezly progres.Sprzatanie moze poczekac.Sprzatanie do jutra nie ucieknie.A moje dobre samopoczucie moze sie zmyc w ciagu 5 minut.Latwo jest wrocic do starych schematow myslenia,latwo sie wpedzic w negatywne myslenie.A dzieki jodze kundalini łacze medytacje z cwiczeniami i niewatpliwie poprawia mi to samopoczucie,uspokoja,dodaje pozytywnej energii.Pojechalismy tez z moim synkiem do lasu a pozniej lezelismy na łące i obserwowalismy chmury.Takie popoludnie ktore raczej na zawsze zostanie w pamieci.Wczorajszy dzien do najlatwiejszych nie nalezal.Zaszlo slonce,niebo zrobilo sie szare i zerwal sie wiatr.Dla mnie slonce to naturalny antydepresant i kiedy go nie ma to trudniej mi jest zachowac pogode ducha.Zblizaja sie tez urodziny kilku bliskich osob i we wczorajszej rozmowie telefonicznej poruszona byla ta kwestia,ze moze umowimy sie na czat,poswietujemy z tymi osobami,kto bedzie chcial to sie napije.Powiedzialam ze zadzwonie,zloze zyczenia ale po chwili sie rozlacze bo nie chce sie znowu zle czuc.Nastapila chwila ciszy kiedy to powiedzialam.Dluga chwila.Do tej pory wiele osob nie jest pewnych jak sie zachowac w takiej sytuacji,czuja sie niezrecznie.Nie wiedza co powiedziec.Musze przyznac ze lekko scisnelo mnie w gardle,zachcialo mi sie plakac.To wlasnie jedna z tych chwil kiedy chcialabym byc taka jak inni.Wlacza sie tu moje wspoluzaleznienie i chec zrobienia innym dobrze,zeby nie czuli sie zle rozmawiajac ze mna.Kiedy skonczylam rozmowe czulam ze lapie mnie smutek,lekkie zwatpienie.Nie wiedzialam co ze soba zrobic.Taki stan jest dla mnie niebezpieczny,czesto jezeli nie reagowalam na czas,lapalam za drinka.Moje dziecko bylo zajete,maz tez wiec wzielam reklamowke,nozyczki i wymknelam sie do lasu.Gadalam z SW(Sila Wyzsza)po drodze,prosilam”daj mi sile,daj mi sile”(pomaga).Wiatr targal drzewami ale kiedy juz weszlam do lasu zrobilo sie cicho.Poscinalam pokrzywy,pomyslalam ze zamiast skupiac sie na alkoholu pobawie sie w zielarke,znalazlam tez cos co wygladalo jsk dziki bez(nie byl jak sie pozniej okazalo😉).Od decyzji nie ma odwrotu-pomyslalam i zaczelam odpuszczac.Wrocilam do domu,zajelam sie myciem tego zielska,suszeniem.Pomyslam ze kupie ksiazke o roslinach i ziolach bo to fascynujace.Pozytywna strona tego pandemicznego zamkniecia swiata jest taka ze zaczelam wokol zauwazac rozne inne rzeczy a nie tylko swoje problemy.No i chwila slabosci minela.Czyli nauczylam sie nowej rzeczy,w slabszych momentach dzialac,nie dopuscic do nudy i zalania umyslu myslami ktore podpowiada mi moja choroba.Natomiast dzis byly urodziny mojego męza,tez przez chwile drinkowal w kuchni przez messengera z naszymi znajomymi.Nie siedzialam z nimi,jak sie obrażą to trudno,w przeszlosci siedzialam i pozniej sie beznadziejnie czulam,dlaczego sobie to robilam?-nie wiem.Niestety,swietowanie urodzin,piątku,soboty,nowej pracy,grilla,slonecznego popoludnia nie moze sie odbyc sie bez alko w wiekszosci przypadkow.Alkohol jest wszechobecny i nie da sie go uniknac dlatego chce tak zyc zeby mi go nie brakowalo.Hej!!I kiedy dzisiaj sluchalam tej kuchennej pogaduchy pomyslalam-i tego Ci ma brakowac?Serio?I usmiechnelam sie szeroko😁

Nigdy Nie Kwestionuj Decyzji

Dzien 7,odczuwam spokoj.Ciekawa sytuacja wczoraj,jechalam do sklepu po kilka rzeczy i pomyslalam przez chwile ze jest piatek.Na piatek nigdy nie bylo bata,od poniedzialku powiedzmy nie pilam ale piatek??W piatek wszystkie obietnice o trzezwosci jakos tak szarzaly i do wieczora nic z nich nie bylo.Wiec jechalam samochodem i przyszlo mi to do glowy.Na przegubie ręki czulam moja opaske trzezwosci z literami NNKD-Nigdy Nie Kwestionuj Decyzji.Spojrzalam na nia.Poprzednia,gumowa zdjelam bo moj syn dal mi swoja,taka ktora dostal kiedys w szkole,na odwrocie napisalam literki,on mi ja zapiął.Poczulam ciepło i bezpieczenstwo patrzac na nia.Ma teraz podwojna moc:):).Powiedzialam do siebie glosno”Nigdy nie kwestionuj decyzji”.I nie myslalam juz o piatku ani o alkoholu,niech spada,piatek cholerny.Miedzyplanetarny mix-piatek plus alkohol rowna się lot na orbitę.Oj tak,w moim wykonaniu zawsze.Sobotni poranek ostre łubudubu na Ziemię.Nie nalezace do przyjemnosci.Po miedzyplanetarnym locie zostawal tylko kurz i odór paliwa.Wiecie co mam na mysli.Moze?:)Boze,jaka ulge odczuwalam i wczoraj i dzis.To tak jakby miec obsesje na czyims punkcie,myslec o tej osobie ciagle chociaz wiemy ze jest toksyczna i zle nas traktuje.I nagle obsesja znika.I czujemy sie wspaniale.I czujemy sie znowu soba.Dzisiaj rano rozmawialam z moja Sila Wyzsza,kimkolwiek lub czymkolwiek jest i dzekowalam,prawie ze smiechem za zabranie mi tej obsesji przynajmniej narazie.Poszlam pobiegac,cieszylam sie swietna pogoda,niebem sloncem.W pewnym momencie ktos zastapil mi droge i okazalo sie ze to osoba z AA ktora znam i lubie.Okazalo sie tez ze mieszkamy kilka domow od siebie a znamy sie juz troche nigdy wczesniej sie w tym parku nie spokalismy.Taki usmiech od Wszechswiata.Odnosnie decyzji-wiele razy obiecywalam sobie ze nigdy wiecej,przyrzekalam na wszystkie swietosci,na swoje zdrowie,zawieralam pakty z Bogiem w ktorego i tak nie wierzylam.W 2014 roku wybralam sie na soj pierwszy miting AA.Odczulam wielka ulge po spotkaniu osob zmagajacych sie z takim samym problemem jak ja bo myslalam ze jestem jedyna na swiecie ktora obiecuje sobie ze nigdy wiecej a nastepnego dnia budze sie z luka w pamieci.Obiecuje ze to ostatni raz,o 13 jeszcze jestem tego postanowienia pewna,o 15 zaczynam wymiekac a o 16 jestem w drodze do sklepu.I znowu poranek,probuje ulozyc w glowie kawalki wieczoru.Dzien Swistaka,bledne kolo.I tak przez lata.Wiec postanowilam sprobowac AA.Nikt mnie nie namawial,moja rodzina nie sadzila ze mam jakis wielki problem,ze po prostu lubie wypic i pojechac po bandzie od czasu do czasu jak wiekszosc osob.Po jakims czasie znalazlam sponsor,robilysmy razem 12 krokow.Niewatpliwie krok 4 i 5 byly czyms w rodzaju przelomu,oczyszczenie z mrokow przeszlosci,opowiedzenie komus nieprzyjemnych rzeczy ktore trzymalam dla siebie.Chodzilam na mitingi.Bylam trzezwa 2,5 roku.Ale bylam chodzaca depresja,Panna Smutek i Przygnebienie.Nie cieszyla mnie trzezwosc,byla jak balast ktory musze za soba ciagnac bo nie mam innego wyjscia,pic przeciez nie moge.Czulam ciagle jakby mnie w zyciu omijalo tyle swietnych rzeczy,nie potrafilam sie cieszyc trzezwym koncertem,nie celebrowalam swoich urodzin.Niewiele w swoim zyciu zmienilam.Niekore osoby wokol mnie trzezwialy i rozkwitaly,ja stalam w miejscu.Nie moglo skonczyc sie inaczej niz drinkiem.Pozniej zmiana sponsor,8 miesiecy bez alko-drink-zmiana sponsor-6 miesiecy-drink.Rok temu spotkalam niesamowita osobe ktora zostala moja sponsor.Dzieki niej odkrylam brakujacy element trzezwienia i cos o czym na mitigach nie slyszalam-wspoluzaleznienie.Jako wspoluzalezniona osoba moje szczescie i dobre samopoczucia uzaleznialam od innych ludzi.Bylam zalezna od czyichs emocji,humorow,Chlonelam je jak gabka i bralam na siebie.Nie potrafilam mowic NIE.Bylam “naprawiaczem”-staralam sie poprawic czyjs nastroj,naprawiac sytuacje,sprawiac zeby ktos poczul sie lepiej.Nie ja,Ktos.To byl krok milowy,Zaczelam sie dosc szybko zmieniac dzieki pracy nad soba,zmienilam dynamike w moim zwiazku,powoli uczylam sie mowic nie.Niestety ciagle marzylam o tym zeby byc jak”normalni”ludzie,moc pic czasami(w moim przypadku niemozliwe ale ludzilam sie ze tak).W marcu znowu zlapalam za drinka.Poniewaz od czasu wspolpracy z ta osoba faktycznie sie zmienilam,jakimz szokiem bylo dla mnie moje achowanie kiedy pilam.Stare schematy myslenia wrocily,obłęd,szok ze ja jednak faktycznie nie mam kontroli,mysli skupiajace sie na alkoholu i wokol niego(pic czy nie,kiedy,gdzie kupic,jak rano wstac,w ktorym sklepie),zachowanie osoby opętanej po prostu,jakby obca osoba zamieszkala w moim ciele,w mojej glowie.SZok.Poczucie rozszczepienia-wiedzialam ze tego nie chce ale nie umialam przestac.Zalozylam aplikacje na telefonie gdzie online korespondowalam ze spolecznoscia ludzi kozy zmagaja sie z alkoholem,narkotykami,serce pękało.Razem liczylismy trzezwe dni,dzien 1,dzien 2,jak przetrwac cholerny piatek.nie pamietam tak dlugiego tygodnia w moim zyciu.Tak trudnego.Zeby przetrwac kolejny wieczor bez alkoholu “pocieszlalm sie badziewnym jedzeniem,Netflixem.Byle przetrwac.Bo moze kiedys bedzie lepiej.Bo TERAZ jest okropne.Niektore osoby rozkwitaly z dnia na dzien.Nie ja.Ja w miejscu lub wstecz.Wiec po kilku dniach drink.I nastepny tydzien obledu.Pamietam tamta niedziele bardzo dobrze-piekny sloneczny dzien.Wybralismy sie na przejazdzke rowerowa.Od kilku dni modlilam sie do jakiejkolwiek sSily Wyzszej-Natury,Boga,Dusz osob ktore znalam.Wtedy jadac rowerem tez sie modlilam.I taka mysl mi przyszla do glowy ze ja mam zle podejscie do trzezwosci.Ze ona nie jest przykra koniecznoscia,ze jest moim wyborem.Pieknym wyborem.I prostym-koniec z tym jezeli o mnie chodzi.I kropka.Nie ma debatowania nad tym,zastanawiania sie,pytan,kwestionowania.Ze niczego nie trace nie pijac,wrecz przeciwnie-wybieram zycie bez alkoholu,wybieram dni bez kaca,wybieram poranki o zapachu cytrusa,wybieram usmiech mojego dziecka,wybieram godnosc,wybieram spokoj zamiast pustego smiechu.Nie potrzebuje pocieszen i nagrod-zycie bez alkoholu jest nagroda.Jest tyle rzeczy ktore zawsze chcialam robic-joga,medytacja,zobaczyc wschod slonca(widzialam tylko po pijaku wstyd sie przyznac i raczej nie zwracalam nie niego zbytniej uwagi)”Czemu do cholery tego nie robie??!!”pomyslalam.Od poniedzialku uczę się jogi,medytuje wieczorami,zamiast pocieszac sie rzeczami wybieram spacery(robie wtdy zdjecia)Wiem ze zyjac tak samo jak do tej pory bede trzezwiec tak jak do tej pory czyli byle jak,szaro i buro.Co sie stalo tamtej niedzieli nie wiem.Wiem ze dzis jest sobota i nawet nie pomyslalam o tym zeby sie napic.Nie pytam samej siebie juz o zdanie w tej kwestii.Nie kwestionuje.Pomysl na opaske pojawil sie po przesluchaniu podcastu jednej blogerki ktora sobie wytatuowala taki napis NQTD-Never Question The Decision.Pomyslalam ze to swietne i poki co-baedzo mi pomaga:)

Dzien 5

Dzien piaty moi mili.W wiekszosci spedzony w parku,na sloncu.Moje dziecko dolaczylo rano do mojej jogi🙂Pomyslalam ze skoro do tej pory nie z moja trzezwoscia roznie bywalo to powinnam sprobowac czegos innego,joga mnie nigdy nie wciagala ale sprobowalam kundalini jogi ktora zawiera tez w sobie elementy medytacji.Poki co dobrze mi to robi,uspokaja,rozluznia,jest nastepny powod zeby wstac rano.Wieczorem troche chodzenia,troche biegania.Przed godzina kiedy moj maz wybieral sie do sklepu zauwazylam lekki niepokoj u siebie,oczywiscie wieczorny wypad do sklepu kojarzy mi sie z czym??..no wlasnie.Spojrzalam na opaske ktora nosze od kilku dni na rece,taka zwykla,gumowa,niebieska,”trzezwa bransoletka”;przypomina mi zebym NIGDY NIE KWESTIONOWALA DECYZJI jaka jest oczywiscie trzezwosc.Teraz kiedy to pisze niepokoju juz nie ma.Dobranoc

Powrot do domu

Dzisiaj pracowity dzien.Ze wzgledu na pandemie pracuje teraz mniej,dzis wypadl dzien pracy.Porownalam dzis z zeszlym tygodniem kiedy pracowalam u tej samej klientki-tamtego dnia zerwalam sie z lozka za pozno z pulsowaniem w glowie po poprzedniej nocy.Na mega kacu czas w pracy wlokl sie w nieskonczonosc.Fizyczny i psychiczny dol,probowalam przypomniec sobie czy do kogos pisalam,dzwonilam,łamigłowka.Chore mysli,błędne oczy.W drodze do domu zawloklam sie donsklepu po piwo bo przeciez inaczej nie przetrwam wieczoru.W domu nie mialam juz sily na nic oprocz siedzenis z piwem i bezmyslnego gapienia sie w tv.Dzis-wstalam bez wiekszych problemow,zauwazylam ze poranne powietrze ma swiezy,cytrusowy zapach.W pracy bylam zorganizowana,mysli klarowne.Kiedy pod koniec bylam juz zmeczona pomyslalam o pysznej kawie po powrocie do domu.I usmiechnelam sie w myslach.I tak tez zrobilam.Kawa w zalanej sloncem kuchni.Spokoj.Akceptacja.Mysle ze trzezwosc jest jak powrot do domu,do korzeni,bo przeciez nie rodzimy sie alkoholikami.Pozniejsze doswiadczenia,nadwrazliwosc,poczucie bycia innym powoduje ze siegamy po cos co pomoze nam poczuc sie inaczej,byc czescia calosci,byc kims kim myslimy ze chcemy byc.Dlatego pilam,bo lubilam to uczucie.I lubilam ucieczke od rzeczywistosci.Ale po latach alkohol przestal mi to dawac chociaz gonilam i z uporem maniaka szukalam basniowego doznania.Niestety-basniowa karoca z wrozka zamienila sie w szalony pojazd bez hamulcow z diablem za kierownica.Hmm.Plan na dzisejszy wieczor-kapiel z dodatkiem olejkow eterycznych,chwilka medytacji i hop do łóżka🙂Jak się nie cieszyc?